czyli o kuchni polsko-meksykańskiej
piątek, 27 sierpnia 2010
Niestety
Po wielu miesiącach wpadło mi do głowy, żeby tu zajrzeć, i z pewnymi wyrzutami sumienia przeczytałam nawołujące do powrotu komentarze wytrwałych czytelników. Jest mi przykro i trochę głupio, że tak ich zlekceważyłam. Ale niestety, nie potrafię już wrócić do pisania blogów. Mam wrażenie, że z kazdym rokiem przybywa mi pracy, a może po prostu staję się mniej wydajna, i nie starcza mi czasu na to wszystko, na co znajdowałam czas kiedyś.

Szkoda mi trochę, że nie mam możliwości podzielić się genialną dietą, którą wdrażamy od kilku miesięcy dla dobra mojego przekarmionego dobrociami mężczyzny ;-) Przy okazji jej wdrażania wynaleźliśmy wiele bardzo ciekawych przepisów, które sprawiły, że wyrzeczenia minęły niemal niezauważalnie.

W dalszym ciągu zaglądam na gazetowe forum Kuchnia, więc tam chętnie się z ciekawskimi podzielę szczegółami!

Dziękuję za uwagę. Przepraszam za milczenie. I życzę wszystkim dużo radości, z jedzenia i nie tylko :-)

środa, 15 kwietnia 2009
Przerwa techniczna
Drodzy czytelnicy, aktywność bloga zostanie zawieszona na czas jakiś. Miesiąc może, albo dwa - zobaczymy. Nie mogę sobie w chwili obecnej pozwolić na angażowanie się w jakiekolwiek działania poza pracą i pisaniem doktoratu - nie mogę się już doczekać momentu, w którym napiszę: SKOŃCZYŁAM. Ale aby tego dokonać, muszę się odciąć od internetowego życia. Świat realny jest w obecnym momencie bardzo zaborczy i absorbujący :-)

Pozdrawiam wszystkich serdecznie i mam nadzieję, że o mnie przez ten czas nie zapomnicie!

sobota, 04 kwietnia 2009
Penne z porami i boczkiem
Znów makaronowo, i znów bardzo szybko. Luby pojechał był sobie w świat szerzyć swoje artystyczne wizje, tym razem w Brazylii. W każdnym e-mailu przypominam mu: 'jeśli znajdziesz jakieś ciekawe jedzenie, zrób mu zdjęcia!'. I za każdym razem chłopię dyskretnie pomija w odpowiedzi zapewnienie, że tak, tak, zrobi - taki już jest, nigdy nic nie obieca, żeby nie ryzykować, że zapomni. No dobra, pojechał tam pracować, rozumiem - ale zabrał ze sobą aparat, więc niech teraz cierpi i robi pokornie zdjęcia artykułom spożywczym!

Lubego nie ma, jam obłożona pracą, więc korzystam z braku odpowiedzialności za domowe żywienie, dzwonię po chińszczyznę, kupuję sosy w słoiku albo pichcę błyskawiczne makaroniki. Wczoraj upichciłam ten - szczęśliwie mam już zdjęcia tej potrawy zrobione pińcet lat temu, bo inaczej nie miałabym co wstawić na bloga. A przepis leci tak:

Składniki:

15 dkg makaronu penne
10 dkg boczku
1 por (biała i zielona część, najwyżej z odciętą końcówką, gdzie liście się już zupełnie rozchodzą)
10 dkg zielonego groszku (mrożonego, w razie braku - z puszki)
1 szklanka mleka
1 łyżka mąki pszennej
kilka łyżek oliwy
sól, czarny pieprz, gałka muszkatołowa

Makaron wstawić do ugotowania we wrzącej, osolonej wodzie. Rozgrzać oliwę, podsmażyć na niej pokrojony w kostkę boczek, po czym dodać por pokrojony w półplasterki. Chwilę razem smażyć, obsypać łyżką mąki, przemieszać, i podlewać wolno mlekiem, aż się wytworzy gładki, gęsty sos. Wrzucić groszek - jeśli mrożony, dobrze jest dać sosowi kilka minut na popyrkanie, jeśli z puszki - mozna już doprawiać (sól, grubo mielony czarny pieprz, gałka muszkatołowa), i gotowe. Odcedzony makaron wrzucić do sosu, przemieszać - i na talerz:







Fajny ten makaronik. Z charakterem - od szczypiącego w język pora i ostrości pieprzu, i z wiosenną delikatną świeżością - od pachnącego, słodkawego groszku. A przede wszystkim - błyskawiczny!


wtorek, 17 marca 2009
Minestrone
Z góry zastrzegam, że o prawdziwym minestrone nie mam zielonego pojęcia, a poniższa receptura jest moją osobistą fantazją na motywach lata temu wygrzebanego skądś przepisu. Mam go po polsku, więc zakładam, że z polskiego źródła pochodzi, a skoro z polskiego źródła pochodzi, to pewnie już i tak był 'uzdatniany' i przerabiany. Mam jednak ten przepis pod nazwą 'minestrone', więc tak już zostanie, czymkolwiek by to naprawdę nie było - ważne, że dobre :-)

Składniki:

- 1 pojedyncza pierś kurczęca
- 1 duża cebula
- 1 duża marchewka
- 1 mała cukinia
- 10 dkg pieczarek
- 1 duży albo 2 małe pomidory
- puszka czerwonej fasoli (200g)
- 10 dkg makaronu świderki
- kilka ziaren ziela angielskiego
- 2 liście laurowe
- 1 łyżeczka suszonej bazylii (świeża może pasować, ale nada zupie zupełnie inny charakter)
- sól, chili w proszku
- kilka łyżek oliwy do smażenia

Pierś kurczęcą ugotować w osolonej wodzie z zielem angielskim i liściem laurowym, a gdy będzie miękka - wyjąć i pokroić w kostkę. Do lekko gotującego się wywaru dodać pokrojoną w słupki marchew, a w międzyczasie pokroić cebulę w kostkę, pieczarki w półplasterki, takoż cukinię i przesmażyć na rozgrzanej oliwie (dajmy na to, ze 3-4 minuty); pod koniec smażenia dodać pokrojone w kostkę pomidory, po czym wszystko razem wrzucić do wywaru i gotować 10 minut (czy też tyle, ile zajmie nam ugotowanie makaronu w garnku obok). Pod sam koniec dodać ów na boku ugotowany makaron, fasolę z puszki (warto nie wylewać zalewy, szczególnie tej z samego dna, bo nadaje zupie fajny fasolowy aromat i gęstość) oraz bazylię. Dla ostrolubnych - również chili w proszku.



Zupa wychodzi tak gęsta, że w sumie trudno to wciąż nazywać zupą, ale ja uwielbiam takie konkretne dania w głębokich talerzach, i w zasadzie wszystko mi jedno, czy to zupa, czy co innego :-) To danie jest bardzo sycące i pachnące od warzyw i bazylii. Sama przyjemność!

wtorek, 10 marca 2009
Blogowe rozrywki
Zostałam zaszczycona kolejnym blogowym wyróżnieniem, za co bardzo dziękuję Alince.




Muszę przyznać, że lubię te blogowe zabawy, i choć rzadko biorę w nich udział, ta mi się wydaje wybitnie kusząca, bo mogę dzięki niej zaprezentować swoje ulubione blogi - chociaż też wybitnie zdradliwa, bo zasady zabawy pozwalają na zalinkowanie tylko siedmiu blogów, a ja wśród ulubionych mam ich o wiele więcej! Mam nadzieję, że ci, do których zaglądam regularnie, ale nie pojawiają się na liście nominowanych, nie będą mi mieli za złe. Wybór jest naprawdę niełatwy. Dla ułatwienia sobie samej sprawy pominę więc tych, którzy są zdecydowanie ulubieni, ale wiem, że nie gustują w tego typu blogowych łańcuszkach.

Zasady są następujące:

1. umieszczamy logo na swoim blogu,
2. wrzucamy linka do bloga osoby, od której otrzymaliśmy nominację,
3. nominujemy 7 innych blogów,
4. podajemy linki do tych blogów,
5. nominowanym osobom zostawiamy komentarze z informacją o nominacji.


Lista nominowanych:

- Mama (proszę mnie nie posądzać o nepotyzm, nominację nadaję z czystym sumieniem)
- Chiara (za piękną i interesującą formę)
- Chihiro (za fascynujące treści)
- Foodelek (za interesujące i przydatne podsumowania)
- Aniagra (za pyszną zabawę)
- Skarpety na mieście (za oryginalną tematykę)
- Życie na Kresach (niedawno odkryty blog, za wspaniałe zdjęcia)

Zapraszam wszystkich nominowanych do zabawy!

piątek, 06 marca 2009
Stare dobre czasy...


"Właśnie tak, kochanie; marzenia i cele to sposób Szatana na odwrócenie twojej uwagi od robienia kolacji."


Taki obrazek dostałam dziś mailem od swojego lubego. No, gdyby nie fakt, że łoży potulnie na to, abym mogła we względnym spokoju skończyć swój doktorat, to dałabym mu bobu za wysyłanie mi takich obrazków! ;-) A tak to w sumie nawet miło mi sie zrobiło. Dziś rano, kiedy pakowałam mu lunch do pracy, zapytałam, czy dołożyć mu kawałek tarty z kremem i truskawkami. 'Nie, raczej nie' - odpowiedział - 'Na razie mi tylko zazdroszczą, ale nie chcę, żeby mnie nienawidzili!'

No proszę - to ja, to o mnie. Niegdysiejszy antytalent kulinarny, drżący przed kolejną porażką w kuchni, obiekt kpin i przycinków z powodu swoich nieudolnych prób. Czyż to nie jest spełnione marzenie i cel? Mówię Wam, jest, niemal na miarę doktoratu ;-)


piątek, 27 lutego 2009
Kasza z gulaszem wołowo-grzybowym
Czyli dzisiaj naprawdę po polsku :-)

Przy okazji ostatniej wizyty Matuś moja zrobiła mi kaszę z sosem grzybowym z wieprzowiną - wtrząchałam, aż miło, bo od kiedy wyjechałam z Polski, kasza zniknęła z mojego jadłospisu, a wraz z nią tego typu połączenia. No i stęskniłam się. Zajrzałam więc na Galerię Potraw, gdzie pewien forumowicz, znany ze świetnej, bardzo tradycyjnej polskiej kuchni, podawał przepis na kaszę z sosem grzybowym, zadałam mu parę pytań w celu dowiedzenia się, jak najlepiej zrobić to w połączeniu z wołowiną, po czym zabrałam się do wykonania.

Składniki:

- 1 szklanka kaszy jęczmiennej
- 40 dkg pokrojonej wołowiny na gulasz
- 3 garście suszonych grzybów
- 1 cebula
- 2 łyżki musztardy
- sól, pieprz
- olej do smażenia

Grzyby zalałam wrzątkiem i odstawiłam na 20 minut, w tym czasie pokroiłam cebulę, zeszkliłam ją na gorącym oleju, mięso pokrojone w kostkę wymieszałam z solą, dużą ilością grubo mielonego pieprzu i mąką, po czym dorzuciłam do cebuli, obsmażyłam lekko, zalałam wodą z moczenia grzybów i dodałam same grzyby. Wrzuciłam też 2 łyżki musztardy, przykręciłam ogień (płytę) na najmniejsze grzanie i zostawiłam tak na 2 godziny.

Kaszę wrzuciłam do wrzącej, osolonej wody (proporcje jak do ryżu, 2 szklanki wody na 1 szklankę kaszy) i ugotowałam do miękkości na bardzo małym ogniu.

I to wszystko. Robota niemal żadna, efekt - wspaniały.




Okazał się to jeden z tych polskich smaków, które mój miły Latynos uwielbia; gdy gulasz się gotuje, chłop kręci się wokół garnka i jojczy, że go torturuję - ale prawda to, że zapach roztacza ta potrawa wspaniały. Nikt nie jest w stanie zrozumieć, jaką radochę może sprawić człowiekowi takie żarło, jeśli nie był na emigracji! To jak przywoływanie dzieciństwa, wspomnień, ciepła matczynego domu, i takie tam różne sentymenty. Wszystko dzięki obiadowi z kaszą i grzybami :-)

wtorek, 17 lutego 2009
Fettuccine z boczkiem, grzybami i niebieskim serem
foodelek: przepisy tygodnia
Jakiś czas temu moja koleżanka forumowa i prawdziwa kuchenna artystka, Pani Serwusowa, wrzuciła na Galerię Potraw taki oto makaron, który zdał mi się bardzo kuszącym, choć miałam ochotę (w jednym przypadku) oraz konieczność (w drugim przypadku) dokonać w przepisie drobnych zmian. Miałam w domu inny makaron, z grzybów tylko pieczarki, i koniecznie miałam ochotę dorzucić tam jakiegoś sera, więc wrzuciłam, co miałam w lodówce, i wyszło co następuje:


Składniki:

- makaron fettuccine (może być papardelle jak u Serwusowej, może być tagliatelle, może być cokolwiek długiego i jajecznego, oraz najlepiej płaskiego, na przykład zwykły polski domowy makaron) - ilość wedle potrzeby (u mnie 25 dkg, co starcza na dużą patelnię = suty obiad dla dwojga z dokładkami)
- 15 dkg boczku
- 15 dkg pieczarek
- 15 dkg niebieskiego sera pleśniowego
- pęczek natki pietruszki
- sól, pieprz, olej do smażenia

Makaron wstawić do gotowania w osolonej wrzącej wodzie, a w tym czasie pokroić boczek w kostkę/małe plasterki, pieczarki w półplasterki, posiekać natke pietruszki. Rozgrzać olej, podsmażyć najpierw sam boczek, potem dorzucić pieczarki, podsypać grubo mielonym pieprzem wedle uznania. Gdy pieczarki puszczą wodę i nieco odparują, wkroić ser w kawałkach i mieszać, aż się rozpuści. Na sam koniec wrzucić natkę pietruszki. Makaron odcedzić, pozwolic chwilę odparować, wrzucić do gotowego sosu i przemieszać. Można przy podaniu posypać dodatkowo świeżo mielonym pieprzem i jeszcze natką pietruszki, jesli udało nam się coś z rzeczonego pęczka zachować.




Jadło jest przepyszne i bardzo sycące. Niby lekki makaronik, a jednak mieszanka boczku, grzybów i pleśniowego sera robi swoje. Ser dobrze gdy jest mocny i śmierdzący :-) Wcale nie śmierdzi w tym daniu, jak już się rozpuści, tylko nadaje mu taką specyficzną ostrość. A na dodatek całe danie robi się dosłownie w 15 minut - nie dłużej. Wyśmienite pokrzepienie po zabieganym dniu :-) Weszło do naszego menu na stałe.

piątek, 13 lutego 2009
Salsa bandera
Czyli szybka wrzuta. Salsa bandera to nic innego jak najzwyklejsza, popularna w każdym zakątku Meksyku salsa, w tym wypadku nie sos, a sałatka warzywna, dodawana do wszystkiego jak leci. Na północy Meksyku mówia na nią salsa bandera od kolorów flagi meksykańskiej, które zawiera: biały, czerwony i zielony.

Najbardziej podstawowa salsa zawiera drobno pokrojone pomidory, białą cebulę, czerwoną i zieloną papryczkę chili, cilantro (czyli natkę kolendry), sok wyciśnięty z limonki oraz sól.

Taką podstawową wersję ukazuje zdjęcie:




W takiej salsie w Meksyku można też czasem znaleźć świeże ogórki, rzodkiewki i dymkę. Sałatka jest bardzo aromatyczna i taka świeża w smaku, zwłaszcza dzięki zmieszanym aromatom kolendry i limonki (ale jak ktoś nie lubi kolendry, to sama limonka też da radę nadać charakteru). Salsę podaje się naprawdę do wszystkiego bez wyjątku, niektórzy nawet ją po prostu wrzucają do zup.

Szybka wrzuta jest z dzisiejszego śniadania, na które jedliśmy jajka na twardo na ciepło, pokrojone i zawinięte w gorące tortille razem z lekko podgrzanymi w mikrofali plastrami chorizo - no i z salsą oczywiście. Salsy nie podgrzewaliśmy :-)




piątek, 06 lutego 2009
Ciasto strasznie czekoladowe
Jak już kiedys pisałam, ja nie jestem jakaś strasznie ciastowa. Czytam te artystyczne pokomplikowane wymysły na Galerii Potraw, ale podziwiam je czysto teoretycznie i bez osobistego stosunku. Nie ciągnie mnie do tortów, wyrafinowanych ciast, ciasteczek, pierniczków, a te figurki z masy marshmallows zbyt przypominają mi plastelinę, żeby budziły mój apetyt. Lubię prościutkie smaki: zwykły sernik, zwykłą szarlotkę, a maminy drożdżowy placek ze śliwkami i kruszonką to po prostu poezja dla mojego podniebienia.

Zdarza się oczywiście co jakiś czas w moim życiu, że napotykam ciasto czy ciasteczka, które mnie uwodzą raz na zawsze. Takim ciastem, które mnie uwiodło, było płaskie, intensywnie czekoladowe ciasto, które sprzedawano w kafejce w Instytucie Historii na UW, gdzie miałam zaszczyt studiować. Wszyscy uwielbiali to ciasto, a obsługa budowała wokół niego legendy o tym, że domowo robione, że przepis do grobu i takie tam - nie wiem, ile było w tym prawdy, ale robiło ciastu dobrą prasę ;-) Przepisu w każdym razie w owym miejscu zdobyć mi się nie udało, a od kiedy zaczęłam sama gotować, ciągle szukałam receptury, która pozwoliłaby mi osiągnąć podobny efekt.

No i wreszcie, jakiś rok temu, znalazłam przepis na takie płaskie, mocno czekoladowe ciasto. Upiekłam natychmiast, ale - jakkolwiek podobne w smaku - okazało się zbyt suche. Następnym razem zaaplikowałam więc na nie polewę czekoladową wedle receptury wyniesionej z domu, ale tak, żeby wsiąkła - i jest! Nie identyczne, ale właśnie to, czego szukałam: ciężkie, straszliwie czekoladowe, mocne, słodkie ciacho. Takie, w jakim się swojego czasu zakochałam :-)

Ciasto jest wręcz banalne. Do masy potrzeba następujących składników:

- 15 dkg roztopionego masła
- 1 i 1/4 szklanki cukru
- 3/4 szklanki mąki
- 2 jajka
- 3 łyżki kakao
- łyżeczka esencji waniliowej (taką słabiutką tutaj się dostaje, w Polsce pewnie trzeba używać esencji znacznie oszczędniej)

Masło stopić, jajka utrzeć z cukrem, dodać mąkę, kakao, masło i (ewentualnie) esencję, utrzeć na gładko. Przygotować formę jak tam chcecie (ja tradycyjnie babram ją w margarynie i mące), wylać ciasto. Tortownica moja ma średnicę ok. 25 cm, a ciasto z tych proporcji wychodzi bardzo płaskie (odrobinę rośnie podczas pieczenia, no ale bez proszku to ile, z 5 milimetrów może, nie więcej). Piecze się 25 minut w 175 stopniach przy włączonym termoobiegu.

Polewa również jest nietrudna. Potrzebne do niej są:

- pół kostki masła (12 dkg)
- 3/4 szklanki cukru pudru
- 3 łyżki kakao
- 1/4 szklanki mleka
- 1/3 tabliczki gorzkiej czekolady (70%)

Masło rozpuścić z cukrem, dorzucić kakao i połamaną czekoladę, mleko też dodać, zanim masa stanie się nazbyt gorąca, i w żadnym wypadku nie dopuścić do wrzenia! Żadnych bąbelków. Gęstość masy można regulować za pomocą ilości mleka i czekolady w tabliczce. Do tego ciasta nie powinna byc zbyt gęsta, jako że ciasto ma być nią nasączone.

Z tego właśnie względu pierwszą partię masy wylałam ciepłą, prosto na gorące ciasto (no, nie strasznie gorące, żeby się tam nic nie zwarzyło, ale wciąż bardzo ciepłe). Drugą połowę polewy wylałam, jak już i ciasto, i polewa ostygły. Ponieważ polewa, nawet wystygnięta, była dość płynna, nie wyjmowałam ciasta z formy, ale włożyłam na noc do lodówki tak, jak stało.

Rano wyjęłam i zawyłam z radości - znalazłam tak długo poszukiwane ciasto :-)







Uwaga, jest naprawdę bardzo ciężkie - kawałki należy odkrawać z rozwagą i mając na względzie swoje możliwości ;-)



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6





statystyka